Zima pod Gorcami. Kiedy śniegu jest za dużo nawet na sanki
Piszę to we wrześniu, kiedy za oknem jeszcze zielono, bo właśnie robię zimowe zakupy i przypomniałam sobie zeszły styczeń. Ludzie z miasta wyobrażają sobie zimę w górach jako kulig i grzane wino. My mamy też tę drugą stronę: dni, kiedy śniegu jest tyle, że nie da się wyjść dalej niż do owczarni.
Ile tego śniegu
W zeszłym sezonie w naszej wsi trzy razy odwołano szkołę, bo autobus nie dał rady wjechać pod górę. Raz przez dwa dni z rzędu. Rekordowy mróz zanotowałam 14 stycznia: minus osiemnaście stopni o siódmej rano na termometrze przy kurniku. Przy takiej pogodzie sanki odpadają. Po dziesięciu minutach dzieci mają czerwone policzki, a po dwudziestu płaczą, że bolą palce.
Więc siedzimy w domu. Troje dzieci w wieku 5, 9 i 12 lat, zamknięte w czterech ścianach przez cały dzień. Każda mama wie, jak to się może skończyć.
Co robimy, kiedy nie da się wyjść
Przez lata doszłam do kilku rzeczy, które u nas działają.
Fort z koców. Krzesła z jadalni, koce z pokoi gościnnych (zimą i tak stoją puste), klamerki do bielizny. Kacper potrafi w nim spędzić pół dnia, a Hania czyta mu tam książki z latarką.
Karty. Wojna, makao, oczko na zapałki, a z Wojtkiem tysiąc, którego nauczył go dziadek. Tysiąc trwa u nas cały wieczór i kończy się zawsze tym samym sporem o meldunek.
Pieczenie. Chleb na zakwasie, pierniki na zapas, drożdżowe bułki z serem. Zimą piec w kuchni i tak pracuje cały dzień, więc piekarnik jest na wyciągnięcie ręki.
Wełna. Hania od zeszłej zimy robi na drutach. Na razie szale, bardzo długie i bardzo krzywe. Kacper robi pompony, które potem wiszą na wszystkich klamkach w domu.
Obowiązki w śniegu. Zwierzęta nie znają przerwy zimowej. Wojtek z Tomkiem odkopują ścieżkę do owczarni, Hania nosi kozom ciepłą wodę w wiadrze, bo z poidła robi się lód. To też jest zajęcie, a po powrocie gorąca herbata smakuje lepiej.
Dziewięć godzin bez prądu
Mój błąd z zeszłej zimy był prosty i trochę wstydliwy. W środku stycznia śnieg połamał drzewa na linii i przez dziewięć godzin, od południa do dziewiątej wieczorem, nie było prądu w całej wsi. Piec kaflowy grzał, woda w studni była, jedzenie też. Nie było za to światła.
Latarki mieliśmy trzy, baterie w szufladzie zero. Świece zużyłam w grudniu na świąteczny stół. Powerbank leżał rozładowany, bo nikt go nie ładował od jesieni. O szesnastej zrobiło się ciemno, a my siedzieliśmy w kuchni przy świetle z otwartych drzwiczek pieca i jednej świeczce z tortu urodzinowego.
Dzieci zapamiętały to jako przygodę. Kacper opowiadał w przedszkolu, że "mieliśmy jaskinię". Ja zapamiętałam to jako wieczór, w którym czteroosobowa rodzina z Krakowa miała przyjechać na ferie, a ja nie miałam jak im poświecić na drogę z parkingu.
Skrzynka na awarię
Teraz w spiżarni stoi metalowa skrzynka, którą uzupełniam właśnie we wrześniu:
- cztery latarki czołowe, po jednej dla każdego domownika poza Kacprem, który ma własną, dziecięcą,
- dwa komplety baterii do każdej,
- dwadzieścia świec w słoikach, żeby nie kapały,
- naładowany powerbank, który ładuję pierwszego dnia każdego miesiąca, bo mam to zapisane w kalendarzu,
- talia kart i zapałki.
Karty dodał Wojtek. Powiedział, że skoro już siedzimy po ciemku, to przynajmniej zagramy w tysiąca.
