Leje od rana, a w domu czworo dzieci z miasta. Deszczowy dzień w agroturystyce
W górach deszcz nie pyta, czy masz gości. W sierpniu padało u nas przez cztery dni z rzędu, a w trzech pokojach mieszkały dwie rodziny z Warszawy i jedna z Poznania, razem czworo dzieci w wieku od trzech do dziewięciu lat. Szlak na Turbacz zamienił się w strumień, a rodzice patrzyli na mnie przy śniadaniu tak, jakbym to ja zamówiła taką pogodę.
Po kilku latach prowadzenia agroturystyki mam na takie dni plan. Nauczyłam się go na własnych błędach, w pierwszym sezonie.
Pierwsze deszczowe lato
Otworzyliśmy pokoje dla gości w maju, a w lipcu przyszły dwa tygodnie deszczu. Dzieci gości nudziły się od rana. Pomyślałam, że skoro nasze dzieci w deszczu i tak biegają przy zwierzętach, to goście też mogą. Wysłałam całą gromadkę z Wojtkiem do stodoły, pokazać kozy i skakać po sianie.
Wrócili po godzinie przemoczeni do majtek, w błocie po kolana. Jedna z dziewczynek miała na nogach nowe białe buty sportowe. Po stodole nie były już białe i, jak się okazało, nie dało się ich doprać. Jej mama była bardzo uprzejma, ale widziałam, co myśli. Miała rację. Nie zapytałam rodziców, nie sprawdziłam, w czym są dzieci, i nie pomyślałam, że miejskie buty to nie kalosze.
Oddałam pieniądze za buty, choć mama się wzbraniała. A potem zaczęłam się przygotowywać.
Kalosze w każdym rozmiarze
Pierwszą rzeczą były kalosze. W komisie w Nowym Targu i na targu w czwartek kupiłam przez jeden sezon kalosze w rozmiarach od 26 do 38, po dwie pary z każdego parzystego numeru. Wyszło około 200 zł za wszystkie. Stoją w sieni na drewnianej półce, a pod nimi leżą przeciwdeszczowe peleryny ze sklepu turystycznego.
Teraz, kiedy pada, pytam rodziców przy śniadaniu, czy dzieci mogą iść do zwierząt. Jeśli tak, dostają kalosze i pelerynę, a nasze dzieci idą z nimi. Zbieranie jajek w deszczu z Kacprem to dla dzieci z miasta atrakcja, której nie da się kupić.
Skrzynka na deszcz
Druga rzecz to drewniana skrzynka po jabłkach, która stoi w jadalni pod oknem. Hania nazwała ją "skrzynką na deszcz" i tak już zostało. W środku:
- dwie paczki papieru A4 i rolka szarego papieru,
- kredki świecowe i ołówkowe w puszkach po kawie,
- stare puzzle, każde w worku strunowym z liczbą elementów napisaną markerem,
- trzy talie kart i kostki do gry,
- motki owczej wełny od sąsiadki, z których dzieci robią pompony i warkocze,
- tektura, nożyczki z zaokrąglonym czubkiem i klej.
Skrzynka wychodzi na stół tylko wtedy, gdy pada. Dzięki temu dzieci się na nią cieszą, a nie traktują jak kolejnej szuflady z zabawkami.
Jak wygląda taki dzień
Nie planuję gościom całego dnia, bo to ich urlop. Ale mam kilka stałych punktów, które proponuję:
- Rano zwierzęta. W kaloszach i pelerynach, godzina przy kurach, kozach i owcach, które w deszczu stoją pod wiatą.
- Przed obiadem wełna. Pokazuję dzieciom, jak wygląda runo prosto z owcy, jak je umyć i rozczesać. Z czesanej wełny robimy potem kulki, kotki i pompony.
- Po obiedzie skrzynka. Rysowanie, puzzle, karty. Rodzice w tym czasie piją kawę w spokoju albo śpią. Nikt nie narzeka.
- Wieczorem pieczenie. Jeśli mam siłę, pieczemy z dziećmi drożdżówki. Jeśli nie, robimy placki z grul, które każde dziecko umie trzeć na tarce.
Ostatniego dnia tamtego deszczowego sierpnia jedna z mam z Warszawy powiedziała mi, że jej syn chce przyjechać znowu, "ale tylko jak będzie padać". Uznaję to za najlepszą recenzję, jaką dostaliśmy.
